Xone Phone : Lekcje niemieckiego

Dlaczego Xone Phone jest najlepszym telefonem?

Kiedy wybuchła rewolucja, nie było mnie tam. Dokładniej mówiąc, byłem w odległości 3776 mil w Somerville w stanie Massachusetts. W pogodne, chłodne popołudnie 9 listopada 1989 r. Siedziałem przy biurku w zgrabnym drewnianym dwupiętrowym domu, którego mieszkanie na wyższym poziomie dzieliłem z trzema innymi studentami, zastanawiając się nad wczesnym rozdziałem mojej rozprawy doktorskiej na temat bezpośredniego demokracja w Ameryce. Skulony nad książkami bibliotecznymi na spotkaniach w mieście Puritan, złożyłem kubek parującej herbaty, owinięty szalikiem i swetrem, a pod tym wszystkim, najprawdopodobniej nosząc moją dwuwarstwową termiczną bieliznę L.L. Bean, niezbędną do przetrwania w zimie w Nowej Anglii.

Zadzwonił telefon domowy i dalej nalegał. To był kolejny student z Niemiec Zachodnich. Byliśmy przyzwyczajeni do dzielenia się nawzajem naszą polityką, jej wyjątkowo konserwatywną, moja nieco niejasno liberalna. Powiedziała bez wstępu: „Włącz telewizor, ściany już nie ma”. Zirytowany tym, że straciłem swój tok myślenia, odpowiedziałem zrzędliwie, że musiałaby być bardziej kreatywna, gdyby chciała zagrać jedną ze swoich praw -winguj mi polityczne żarty. Po prostu powtórzyła: „Obróć. Na. The. Telewizja ”. Zszokowany, zrobiłem, jak mi powiedziano, i patrzyłem z niedowierzaniem na niewyobrażalne, niemożliwe: niewyraźne ujęcia, w ziarnistej czerni i bieli, dziesiątki tysięcy ludzi machających młotem i butelkami szampana, tańczących i śpiewających – na górze muru berlińskiego, przez 28 lat jedna z najbardziej śmiercionośnych granic na świecie. Wiele osób intonowało „Wir sind das Volk”, to my jesteśmy ludźmi.

Demokracja bezpośrednia w działaniu, na żywo – iw Niemczech.

Potem, ku mojemu zaskoczeniu, rozpłakałem się.

Niemcy Wschodni i Zachodni świętują na murze berlińskim przy Bramie Brandenburskiej po otwarciu granicy 9 listopada 1989 r. (Reuters)
Niemcy Wschodni i Zachodni świętują na murze berlińskim przy Bramie Brandenburskiej po otwarciu granicy 9 listopada 1989 r. (Reuters)

Pod koniec I wojny światowej jeden z moich dziadków był 22-letnim szeregowcem w niemieckiej armii cesarskiej, a drugi był 19-letnim podoficerem na łodzi podwodnej. Gdy II wojna światowa dobiegła końca, mój ojciec miał 17 lat, bardzo ulgę i wdzięczność amerykańskiego jeńca wojennego. W końcowych miesiącach zimnej wojny byłem doktorantem w Stanach Zjednoczonych. Oficjalnie pisałem rozprawę doktorską, ale miałem nadzieję pozostać, odkryć na nowo wspaniałą amerykańską tradycję i na dobre uciec od bagażu niemieckiego dziedzictwa. Miałem 27 lat.

Wojna, rozpacz, porażka i wstyd kształciły pokolenia moich dziadków i rodziców, zanim zdążyli postawić stopę w miejscu wyższej nauki. Ja, w przeciwieństwie do tego, wymyśliłem swoje dojrzewanie przez dwa stopnie uniwersyteckie, a teraz trzeci. Jako córka dyplomaty z Niemiec Zachodnich pod pewnymi względami byłam światowa, a pod innymi śmieszna. Moja prawdziwa edukacja rozpoczęła się (co miałem docenić później i bardzo stopniowo) w 1989 roku.

Nie mogę więc twierdzić, że rzuciłbym nowe światło na wydarzenia sprzed 30 lat, na ich przyczyny, na ich interpretację lub na ich trwałe skutki. Pozostawiam to politykom, którzy tam byli i podejmowali decyzje, lub historykom, którzy studiowali akta i przeprowadzali wywiady z uczestnikami. Inni byli agentami lub obserwatorami historii w tych mocnych tygodniach i miesiącach. Byłem bardzo jej celem: zachwycony, ale bardzo zmieszany.

Zamiast tego jest to szczerze subiektywne i fragmentaryczne spojrzenie na to, czego zacząłem się uczyć w tym roku, a potem przez trzy dekady: najpierw jako dziennikarz, a potem jako myśliciel. Miałem dużo do nadrobienia. Przygotowane lekcje nie były małe, podobnie jak tematy: wojna, pokój i pamięć, dobrobyt i nierówność, demokracja i transformacja, wolność i tożsamość.

Przynajmniej w tym sensie mogę być przedstawicielem mojego pokolenia Niemców Zachodnich, dla którego cud z 9 listopada 1989 r. – jak to nazywał Timothy Garton Ash, „tej nocy cudów (która) zmieniła wszystko na zawsze: w Berlinie w Niemczech , Europa, świat ”- był przede wszystkim niezarobionym prezentem. Dar, który próbowaliśmy zrozumieć przez ostatnie trzy dekady, i jak go realizować, gdy rozwijał się wokół nas.

Wygląda na to, że mury powracają na cały świat.

Dziś wydaje się to bardziej pilne niż kiedykolwiek: z Białym Domem dążącym do zakłócenia porządku po zimnej wojnie, rosnącą liczbą Chin, które twierdzą, że są potężnym graczem w przestrzeni transatlantyckiej, rosyjski prezydent pije, że liberalny pomysł „przeżył jej cel ”oraz głęboko podzieloną i przerażającą Europę, która patrzy na wojnę zastępczą na Ukrainie i narastające zamieszanie na Bliskim Wschodzie iw Afryce Północnej. Populizm wstrząsa wszędzie zachodnimi społeczeństwami. W Niemczech twarda prawica nazywa porządek konstytucyjny tego kraju „nielegalnym”. Wygląda na to, że mury powracają na cały świat.

1989: Koniec / Początki

Mapa CIA sprzed unifikacji pokazuje podział na Niemcy Wschodnie i Zachodnie. (Biblioteka Kongresu)
Mapa CIA sprzed unifikacji pokazuje podział na Niemcy Wschodnie i Zachodnie. (Biblioteka Kongresu)

Dla mojego pokolenia Niemców Zachodnich mur był wiecznym elementem naszego życia. Nigdy nie znaliśmy naszego kraju inaczej niż zhakowany na dwie części przez 866-kilometrową granicę wysokich metalowych ogrodzeń wzmocnionych drutem kolczastym, kopalniami, minami pułapkowymi i 50 000 dobrze uzbrojonych strażników, od Morza Bałtyckiego do tego, co było wtedy jeszcze Czechosłowacja. Ta „wewnętrzna granica niemiecka” była sama w sobie częścią żelaznej kurtyny, 4300 milowej granicy, która odcięła Związek Radziecki i jego państwa satelickie w Układzie Warszawskim od Europy Zachodniej, sięgając od koła podbiegunowego do Morza Czarnego. Rzeczywista ściana – 97-milowa podwójna betonowa bariera przerywana wieżami strażniczymi i tak zwanym „pasem śmierci” (wyposażonym w karabiny maszynowe, biegi strażnicze i rowy) pośrodku – otaczała Berlin Zachodni, przekształcając go w zachodnią enklawę w środkowych Niemczech Wschodnich, znaną formalnie jako Niemiecka Republika Demokratyczna (NRD).

Został zbudowany, ponieważ na początku lat sześćdziesiątych prawie trzy i pół miliona ludzi, około 20% populacji rządzonych przez komunistów i okupowanych przez Sowietów Niemiec Wschodnich, ominęło ograniczenia emigracyjne i uciekło na Zachód przez ówczesne wciąż liberalna granica przez Berlin. 15 czerwca 1961 r. Przewodniczący Rady Państwowej NRD Walter Ulbricht powiedział swoim międzynarodowym, prasowym głosem: „Niemand hat die Absicht, eine Mauer zu errichten”. Nikt nie zamierza budować muru. W północę soboty, 12 sierpnia 1961 r. Granica między Berlinem Zachodnim a Wschodnim została zamknięta drutem kolczastym. Budowa rozpoczęła się następnego dnia rano.

W ciągu prawie trzech dekad, które nastąpiły, około 75 000 osób, które próbowały uciec z Niemiec Wschodnich na Zachód, zostało schwytanych i ukaranych za zbrodnię „Republikflucht”, opuszczającą republikę. Ponad 5000 Niemców wschodnich udało się do Berlina Zachodniego. Szacuje się, że 140 osób zginęło, próbując przekroczyć mur berliński, wyskakując z budynków lub pociągów, pływając przez rzekę Szprewę, próbując wspiąć się na fortyfikacje lub latając nad nimi w balonie; większość została zastrzelona przez straż graniczną. Setki kolejnych zmarło wzdłuż granicy niemiecko-niemieckiej lub próbowało uciec przez Morze Bałtyckie.

Ściana była oczywiście czymś więcej niż tylko fizyczną barierą. Po pierwsze, był to potężny symbol powojennej potęgi między USA a Związkiem Radzieckim, przypomnienie, że gdyby zimna wojna kiedykolwiek się rozgrzała, Niemcy – obie Niemcy – byłyby jego centralnym, najbardziej śmiercionośnym polem bitwy. Zakładano, że po kilku tygodniach wojny konwencjonalnej działania wojenne zamieniłyby się w nuklearne, redukując nasz kraj do pola palącego się popiołu. Co ważniejsze, ściana była karą. Było to nieprzejednane, wieczne przypomnienie zbrodni popełnionych podczas Holokaustu. Moim zdaniem obrazy ściany zawsze były nałożone na obrazy innych ogrodzeń, wież strażniczych i drutu kolczastego: Auschwitz, Bełżec, Bergen-Belsen, Buchenwald, Chełmno, Majdanek, Mauthausen, Sobibór, Treblinka i wielu innych. Pomniki niewybaczalnego zła.

Kiedy upadł mur berliński, uczynił to – słowami historyka Mary Elise Sarotte (cytując zdanie wymyślone przez Ernesta Hemingwaya o bankructwie) – „stopniowo, a potem nagle”.

Oś czasu wydarzeń poprzedzających upadek muru berlińskiego

Stopniowa część przybierała postać „wielu okoliczności i wydarzeń, zarówno poważnych, jak i mniejszych”, jak napisał serbski dyplomata i działacz na rzecz demokracji Ivan Vejvoda w 2014 r .: protestujący w Niemczech Wschodnich w 1953 r., Na Węgrzech w 1956 r., W Czechosłowacji w 1968 r., aw Polsce w 1981 r .; Porozumienia Helsińskie z 1975 r .; oraz pojawienie się nowego przywódcy na czele Związku Radzieckiego w 1985 roku, który zaczął rezygnować z kontroli Moskwy nad sowieckimi krajami satelitarnymi. „Doprowadziło to do kaskadowych otwarć – zniszczenia struktur autorytarnych, postępującego zaofiarowania demokratycznych instytucji politycznych oraz stopniowej ewolucji gospodarek rynkowych opartych na rządach prawa – w Polsce, na Węgrzech, w Niemczech Wschodnich, Czechosłowacji, Rumunii, Bułgarii i Albania. ”Vejvoda dodaje, że zachodnia presja polityczna, gospodarcza i militarna – w szczególności eskalacja przez Prezydenta Ronalda Reagana wyścigu zbrojeń z czasów zimnej wojny i jego błaganie„ Mr. Gorbaczow, zburz tę ścianę! ”- znacznie przyczynił się do wzrostu ciśnienia wzdłuż geopolitycznej linii uskoków żelaznej kurtyny.

Nagła część rozpoczęła się wczesnym wieczorem 9 listopada, kiedy członek Politbüro Günter Schabowski źle zinterpretował oświadczenie, że powinien przeczytać na konferencji prasowej, mówiąc, że Niemcy Wschodnie będą mogli podróżować za granicę „sofort, unverzüglich” – od razu, natychmiast. Politycy w Berlinie Zachodnim i obywatele Berlina Wschodniego postanowili uwierzyć mu na słowo. Około 23:30 starszy oficer Stasi na skrzyżowaniu Bornholmer Strasse, w obliczu ogromnego tłumu, powiedział dwóm wartownikom, aby otworzyli główną bramę. Rozległy się wiwatujące masy. Oczywiście ściana faktycznie nie spadła. Ale tysiące ludzi zabrało do niej kilofy i młotki tej samej nocy. To był początek końca jego fizycznej obecności. Dziś tylko kilka segmentów pozostaje na swoim pierwotnym miejscu: niegdyś symbol strachu teraz pokryty kolorowymi graffiti. Reszta, rozbita na małe i duże kawałki, podróżowała po całym świecie, od płyt, które zostały w całości unoszone samolotem, po małe odłamki transportowane w kieszeniach turystów.

Mur został zburzony przez odwagę i determinację wielu osób.

„Główna spuścizna roku 1989”, dodał Vejvoda, „jest jedną z odporności i odwagi jednostek i całych społeczeństw.” Mur został zburzony przez odwagę i determinację wielu: stoczniowców i hutników polskiego ruchu Solidarność; Działacze węgierscy i czescy; Dysydenci rosyjscy; Zbory kościoła wschodnioniemieckiego; i wreszcie dziesiątki tysięcy maszerujących ze świecami w rękach w Lipsku w każdy poniedziałek od 4 września; siły bezpieczeństwa NRD, które do nich nie strzelały; ich przywódcy, którzy nie wydali rozkazu strzelania; i wiele innych osób. Niewielu Niemców z Zachodu napadło, pisząc listy do dyrektorów więzień w ZSRR lub przemycając atrament drukarek do Polski i listy dysydentów z Moskwy. Niektórzy później zostali moimi przyjaciółmi. Żałuję, że nie byłem wtedy jednym z nich.

Tak się złożyło, że byłem mniej świadomy tego, co leży po drugiej stronie ściany i żelaznej kurtyny, niż wielu innych Niemców w moim wieku. Z ojcem w służbie zagranicznej dorastałem w Londynie, Waszyngtonie i Madrycie, z pięcioletnim dzieciństwem w Bonn, stolicy Niemiec Zachodnich podczas zimnej wojny. Nigdy nie wysłano nas do bloku wschodniego, ani nie mieliśmy krewnych we wschodnich Niemczech. Biorąc pod uwagę pracę mojego ojca, moje wejście na terytorium Układu Warszawskiego jako ciekawy turysta nie wchodziło w rachubę; Byłbym łatwym celem wywiadu. Połowa Europy leżąca na wschód od granicy niemiecko-niemieckiej była pustą przestrzenią na mojej mentalnej mapie. Dla mnie Drezno było przynajmniej tak daleko jak Archangielsk.

Kanclerz Niemiec Zachodnich Willy Brandt klęka w getcie warszawskim, 7 grudnia 1970 r. (Associated Press)
Kanclerz Niemiec Zachodnich Willy Brandt klęka w getcie warszawskim, 7 grudnia 1970 r. (Associated Press)

Do ignorancji dodałem niestety obojętność. Moi liberalni rodzice byli dumni, że 7 grudnia 1970 r. Niemiecki kanclerz Willy Brandt podpisał traktat warszawski (który zaakceptował powojenne rozgraniczenia między Niemcami a Polską) i czcił go za to, że upadł na kolana, aby błagać o wybaczenie w warszawskim getcie tego samego dnia. Wiele osób, które głosowały na prawo od centrum (w tym moi dziadkowie ze strony matki) uważało go za zdrajcę z tych samych powodów. Jednymi z najbardziej głośnych i niechętnych wobec tych krytyków byli przedstawiciele stowarzyszeń etnicznych niemieckich deportowanych, którzy zostali wypędzeni na zachód z Europy Wschodniej. Byłem zdegustowany całkowitym brakiem empatii dla konserwatystów wobec ofiar nazistowskich Niemiec, więc nie widziałem potrzeby empatii z ich stratami. Moim zdaniem Układ Warszawski był mile widziany na zawsze.

Sprawa 16 milionów Niemców mieszkających w NRD była bardziej skomplikowana. W domu moi rodzice nie pozostawili wątpliwości, że mieliśmy szczęście być obywatelami demokracji i częścią wolnej Europy i Zachodu. Ale powszechną walutą w zachodnio-niemieckich środowiskach lewicowych – w tym wielu moich nauczycieli szkolnych i niektórych moich kolegów z uniwersytetów – było wierzyć, że Republika Federalna była w jakiś sposób skażona: zezwalając wielu nazistom dużym i małym na uniknięcie kary ; przez obecność dużej liczby amerykańskich, brytyjskich i francuskich sił okupacyjnych; przez kapitalizm i Coca-Cola. Czy Inne Niemcy, o wiele bardziej spartańskie i egalitarne, nie były lepszą, czystszą wersją nas? Wiele z tego wydało mi się samolubne i złe, ale nie chciałem też być po stronie rewizjonistów i ich propagandy. I tak pozostałem świadomie, wstydliwie ślepy na ponure i brutalne życie po drugiej stronie tego, co NRD nazywa cynicznie „antyfaszystowskim murem obronnym”, aż do jego zniknięcia.

Kanclerz Niemiec Zachodnich Helmut Kohl i burmistrz Berlina Richard von Weizsäcker pokazują mur berliński wiceprezydentowi USA George'owi H.W. Bush 21 stycznia 1983 r. (Archiwum Narodowe)
Kanclerz Niemiec Zachodnich Helmut Kohl i burmistrz Berlina Richard von Weizsäcker pokazują mur berliński wiceprezydentowi USA George'owi H.W. Bush 21 stycznia 1983 r. (Archiwum Narodowe)

Dlaczego zatem – biorąc pod uwagę, że niewiele wiem i uważam, że mniej mi na nim zależy – rozpłakałem się 9 listopada? Lato 1989 roku było pełne wydarzeń. Już raz zdławiłem się przed telewizorem 4 czerwca na widok masakry na placu Tiananmen. Jednak tego samego dnia Solidarność – były ruch podziemny zalegalizowany dopiero w kwietniu – wygrał wybory w Polsce, wywołując serię pokojowych rewolucji antykomunistycznych w Europie Środkowej i Wschodniej.

Później tego lata moja matka zemdlała na urlopie i stwierdzono, że ma duży guz mózgu. Następne miesiące spędziła na różnych oddziałach intensywnej terapii, a ja latałem tam iz powrotem między Bostonem a Frankfurtem, aby być z rodziną. Każdego ranka o 8 rano byliśmy przy jej szpitalnym łóżku, z niewyraźnymi oczami i niespokojni. Ale moja niezłomna matka nalegała, abyśmy codziennie czytali wiadomości z Polski, Węgier i Czechosłowacji, krajów bałtyckich, a wreszcie z Niemiec Wschodnich.

Tomasz Sarnecki, „Plakat wyborów Solidarności,„ W samo południe, 4 czerwca 1989 r. ”, 1989 r. (Muzeum Sztuki Nowoczesnej, http://www.moma.org)

Mój ojciec i matka, w wieku 17 i 11 lat, byli świadkami apokaliptycznego końca Trzeciej Rzeszy i znaleźli się żywi, dość nieoczekiwanie, aby stać się częścią pokolenia, które miało odbudować Niemcy i Europę. W przeciwieństwie do mnie, natychmiast i z pasją uchwycili się tego, co mogłem tylko mgliście rozumieć: ile rozpaczy i odwagi potrzebowało, by maszerować na ulicach, znając bezwzględność reżimów komunistycznych i straszne szanse na sukces. Byliśmy przerażeni, że wszystko skończy się postrzałem i rozlewem krwi, jak w Pekinie.

Łzy, które przelałem, widząc ziarniste wizerunki tancerzy na ścianie, były szlochem ulgi, radości i podziwu. Podziwiać tych wschodnich Niemców, którzy z cichą godnością stawili czoła groźbie przytłaczającej, bezwzględnej siły przeciwnej, którzy zażądali i zabrali wolność bez jednego aktu przemocy (a zwłaszcza przy braku jakiegokolwiek zjednoczonego przywództwa). Kto dał Niemcom – „spóźnionemu narodowi”, jak nazwał go niemiecki filozof i socjolog Hellmuth Plessner, kraj tak wielu nieudanych powstań i udaremnionych ruchów oporu – jego pierwsza pokojowa i udana rewolucja oddolna. Lekcja, że ​​historia może mieć chwile niesamowitej łaski.

Dla pokolenia moich rodziców, a przez to również dla mojego pokolenia, wszelkie emocje, które rzekomo wiązały się z krajem, narodem lub ludźmi, stały się z natury podejrzane.

Dlaczego moje własne uczucia tak mnie zaskoczyły? Dla pokolenia moich rodziców (dzieci z II wojny światowej), a także dla mojego pokolenia, wszelkie emocje, które rzekomo wiązały się z krajem, narodem lub ludźmi, stały się z natury podejrzane. Same słowa je opisujące – Heimat, Nation, Volk – zostały uznane za toksyczne przez narodowych socjalistów. Mój szok oznaczał również uwolnienie się od emocjonalnego zakazu. To byli prawdziwi ludzie, nasz lud, a nie abstrakcje, i można było dbać o to, co się z nimi stało.

Tej nocy zmieniło się także głębokie ambiwalentne podejście do mojego kraju. Po ukończeniu szkoły średniej w Madrycie w 1979 roku niechętnie wysłano mnie do Bonn na uniwersytet. Będąc świadkiem z pierwszej ręki pierwszych trzech lat dramatycznej transformacji Hiszpanii z jednej z najbardziej zacofanych i biednych dyktatur w Europie w pełną życia demokrację, pomyślałem, że moi koledzy bardzo mało docenili ich wolności, dobrobyt i ogólną porządek publiczny sprawy. Zamiast tego wydawali się sparaliżowani przyszłością i przeszłością. Szalały apokaliptyczne obawy przed wojną nuklearną, zatrutymi glebami i umierającymi lasami. Założyciele skrajnie lewicowej grupy terrorystycznej Baader-Meinhof byli w więzieniu, ale ich akolici nadal szaleńczo zabijali. (Zamordowanie samochodu przez bombę prezesa Deutsche Bank, Alfreda Herrhausena, 30 listopada, jest również częścią Niemiec w 1989 r.)

W Bonn ministerstwa były nadal chronione stalowymi płotami i drutem kolczastym, a przewoźnicy opancerzeni patrolowali ulice. Moje studia prawnicze zostały przerwane przez wielkie demonstracje przeciwko nuklearnemu wyścigowi zbrojeń i stacjonowaniu pocisków średniego zasięgu Pershing II. W szczytowym momencie – 500 000 w czerwcu 1982 r. – podwoili liczbę mieszkańców Bonn. Wrzaski, przepychanki i pocące się tłumy utrudniały nawigację do klasy.

Nie dlatego, że chciałem się tam dostać. Byłem przerażony, gdy dowiedziałem się, ilu moich profesorów prawa zachowało lodowce omertà o uwikłaniu własnych ojców akademickich w narodowy socjalizm oraz o niezbędnej roli zawodu prawniczego jako architekta i pomocnika Trzeciej Rzeszy i Shoah. Wielu moich kolegów wydawało się nie przejmować się tym, ale wielu mężczyzn było członkami pojedynkowych wspólnot, które były znane z ukrytego konserwatyzmu. Reżyserka Margarethe von Trotta nadała epoce jeden z najtrwalszych opisów, gdy zatytułowała film oparty na życiu terrorysty Baadera-Meinhofa Gudrun Ensslin „Die bleierne Zeit” – Czas ołowiu.

Zimna wojna, podział Europy i pokolenie rodziców pokaleczone i po traumie wojennej: wierzyliśmy, że to nowa wieczna normalność, nasz los do późnej starości. Zdobycie stypendium na Harvard w 1986 roku było ogromnym szczęściem. Uciekłem do Ameryki, mając nadzieję, że znajdę sposób na pozostanie tam na zawsze.

A teraz byłem tutaj w Bostonie trzy lata później, z niedowierzaniem obserwując, jak berlińczycy po obu stronach „pasa śmierci” świętowali największe i najbardziej hałaśliwe rodzinne spotkanie, jakie kraj kiedykolwiek widział. Gdyby wszyscy ci mieszkańcy Wschodu chcieli z nami być… może jednak w moim kraju było coś do polubienia, a nawet miłości.

Wschodni berlińczyk i zachodni berlińczyk obejmują się, podczas gdy żołnierz graniczny patrzy 10 listopada 1989 r. (Reuters)
Wschodni berlińczyk i zachodni berlińczyk obejmują się, podczas gdy żołnierz graniczny patrzy 10 listopada 1989 r. (Reuters)

Podobnie jak 1776 w Stanach Zjednoczonych i 1789 we Francji, 1989 miał być fundamentem momentu dla nowych Niemiec. I to nie tylko Niemcy. Nawet wtedy niewielu odważyło się wyobrazić sobie, co wywołałyby wydarzenia tamtych miesięcy. Ale zanim minął rok, przywódcy komunistyczni zostali obaleni w Bułgarii, Czechosłowacji i Rumunii. 3 października 1990 r. Pod oświeconym przywództwem kanclerza Niemiec Helmuta Kohla i prezydenta USA George'a H.W. Bush (za zgodą przywódcy ZSRR Michaiła Gorbaczowa i głęboko niechętną tolerancją francuskiego prezydenta François Mitterranda i premiera Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher) obie Niemcy ponownie stały się jednym i w pełni suwerennym. W listopadzie 1990 r. Większość rządów europejskich, Stanów Zjednoczonych, Kanady i Związku Radzieckiego podpisała Kartę Paryską, która położyła podwaliny pod nową architekturę bezpieczeństwa Europy i utworzenie Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) . W preambule tej deklarowano:

Era konfrontacji i podziału Europy dobiegła końca. Oświadczamy, że odtąd nasze relacje będą oparte na szacunku i współpracy. Europa wyzwala się ze spuścizny przeszłości. Odwaga mężczyzn i kobiet, siła woli narodów i siła idei Aktu Końcowego z Helsinek otworzyły nową erę demokracji, pokoju i jedności w Europie.

W lipcu 1991 r. Układ Warszawski rozpadł się. We wrześniu tego samego roku trzy republiki bałtyckie uzyskały niepodległość. Do końca grudnia Związek Radziecki przestał istnieć. W 1999 r. Węgry, Republika Czeska i Polska stały się członkami Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO); siedem kolejnych krajów Europy Środkowej i Wschodniej dołączyło do nich w 2004 r. Ośmiu byłych członków Układu Warszawskiego przystąpiło do Unii Europejskiej w 2004 r., a Rumunia i Bułgaria w 2007 r. Mniej niż dwie dekady po wydarzeniach z 1989 r. prawie cała Europa była – jako prezydent George HW Bush przepowiedział w 1989 r. – „cały i wolny”. Dzisiaj NATO liczy 29 członków (30 po wstąpieniu Macedonii Północnej), a Unia Europejska 28 (wciąż w tym Wielka Brytania).

Obalenie muru berlińskiego było więc konsekwencją i preludium, częścią czegoś znacznie większego: prawdziwie europejskiej rewolucji, silnie zwiastowanej przez polskiego papieża, umożliwianej przez ostatniego prezydenta Związku Radzieckiego oraz położnej i pielęgnowanej przez Stany Zjednoczone . Jego wpływ rozprzestrzenił się jednak na całym świecie, umożliwiając społeczeństwom obywatelskim położenie kresu reżimom autorytarnym w Ameryce Łacińskiej, Azji i Afryce. Konsensus interpretacyjny tego dnia został opisany w słynnym eseju Francisa Fukuyamy „Koniec historii”, który ogłosił „całkowite wyczerpanie się realnych systemowych alternatyw dla liberalizmu” i dalej sugerował, że może to być „koniec historii jako takiej: to jest punkt końcowy ideologicznej ewolucji ludzkości i uniwersalizacji zachodniej liberalnej demokracji jako ostatecznej formy ludzkiego rządu ”.

Byliśmy światowymi mistrzami pokuty. Zasłużyliśmy na dywidendę na rzecz pokoju i zamierzaliśmy się nią cieszyć.

Nigdzie teoria końca historii i zwycięstwa Zachodu dzięki demokratycznej transformacji i rozprzestrzenianiu się ładu międzynarodowego opartego na regułach nie spotkała się z większym entuzjazmem niż w Niemczech. Będąc dwoma nerwowymi stanami frontu przez 45 lat, byliśmy teraz potęgą 80 milionów obywateli w środku Europy i – jak to ujął minister obrony Volker Rühe w 1992 roku – „otoczeni przyjaciółmi”. W końcu byliśmy , światowi mistrzowie pokuty. Zasłużyliśmy na dywidendę pokojową, a przynajmniej tak się czuliśmy i zamierzaliśmy się nią cieszyć.

Lub, jak zauważył tęsknie dyplomata Thomas Bagger w swoim niedawnym eseju „Świat według Niemiec: ponowna ocena 1989”:

Pod koniec stulecia naznaczonego dwukrotnym byciem po złej stronie historii Niemcy w końcu znalazły się po właściwej stronie. To, co przez dziesięciolecia wydawało się niemożliwe, a nawet nie do pomyślenia, nagle wydawało się nie tylko realne, ale wręcz nieuniknione. …

Co najlepsze, podczas gdy Niemcy nadal będą musiały przekształcić swoje nowe regiony na Wschodzie, dawną NRD, kraj w szerszym znaczeniu już dotarł do swojego historycznego miejsca przeznaczenia: była to stabilna demokracja parlamentarna z własną sprawdzoną i szanowaną społeczna gospodarka rynkowa. Podczas gdy wiele innych krajów na całym świecie musiałoby się przekształcić, Niemcy mogłyby pozostać takie, jakie są, czekając, aż inne stopniowo zastosują się do tego modelu. To była tylko kwestia czasu.

Wróciłem do domu 5 grudnia 1989 r., Niecały miesiąc po upadku muru. Musiałem być blisko mojej rodziny. Ale chciałem też wziąć udział w nowym rozdziale historii Europy.

2019: Wnioski wyciągnięte / nie wyciągnięte

Od 1989 roku minęło już trzydzieści lat. Okazało się, że historia nie zakończyła się w tym roku. Nie była też wojna, nierówność, autorytaryzm ani konkurencja ze strony wielkich mocarstw. Jeśli już, to gwałtownie rosną: na świecie, a coraz częściej także w Europie.

Wojny, ludobójstwa i czystki etniczne w byłych państwach członkowskich Jugosławii, Wielkich Jeziorach Afrykańskich, Afganistanie, Iraku, Syrii i Libii, a także w Gruzji i na Ukrainie – z których wiele trwa do dziś – głęboko zakwestionowały Zachód wartości i wielokrotnie zmuszał ją do rozmieszczenia znacznej siły gospodarczej lub wojskowej, a także kapitału dyplomatycznego, aby zatrzymać rozlew krwi i spróbować stworzyć warunki dla pokoju. Trzeba powiedzieć, że sukces był w najlepszym razie mieszany.

Kiedy Al-Kaida zaatakowała Amerykę 11 września 2001 r., Rzuciła się huśtawka na główny filar sojuszu transatlantyckiego i liberalny porządek międzynarodowy. Filar pozostał stojący, ale świat widział, jak drży. Światowy kryzys finansowy z 2008 r., Który wzbogacił kilka i zubożał wielu, podkopał liberalny konsensus w sprawie powszechnych korzyści globalizacji i przekształcił się w kryzys w strefie euro, który gorzko podzielił Europę.

Dziś sojusz transatlantycki, podobnie jak projekt europejski, są w wielkim chaosie i pełen wątpliwości.

Arabska Wiosna w 2011 r. Zdestabilizowała Bliski Wschód, a jego zwrot ku tragedii, szczególnie w Syrii i Libii, doprowadził do eskalacji kryzysu migracyjnego w Europie na nowy poziom w 2015 r., Rzucając wyzwanie rządom i rozpalając bezpiecznik wśród prawicowo-szowinistycznych grup politycznych na Zachodzie . Grupy te pogłębiły podziały Europy i zadały pytania o żywotność i legitymację demokratycznych przedstawicieli, pluralistów i otwartych społeczeństw we współczesnym świecie. Autorytaryści rządzą na Węgrzech i w Polsce. Wielkie potęgi illiberalne, takie jak Rosja i Chiny, potrafią wykorzystać szczeliny na Zachodzie do własnych celów. Dziś sojusz transatlantycki, podobnie jak projekt europejski, są w wielkim chaosie i budzą wątpliwości.

Ponownie zjednoczone Niemcy spędziły ćwierć wieku, oferując niezwykle powolne odpowiedzi na coraz pilniejsze żądania sąsiadów i sojuszników, że wywierają większy wpływ na Europę. Co Ekonomista nazwany w 2013 r. „niechętnym hegemonem” obudził się w następnym roku: jego prezydent, minister spraw zagranicznych i minister obrony wszyscy ślubowali na konferencji bezpieczeństwa w Monachium w 2014 r., że Republika Berlińska odtąd będzie ponosić odpowiedzialność zgodnie ze swoją ogromną potęgą gospodarczą.

Ale pięć lat później nastrój narodowy zmienił się drastycznie. Kiedyś pewni siebie i zdeterminowani Niemcy są teraz nerwowi i ponuro. Dziś nie jesteśmy już George'em H.W. Preferowany „partner w przywództwie” Busha (partnerstwo, które w końcu powstało dzięki ścisłej współpracy między Barackiem Obamą i Angelą Merkel), ale „złe, bardzo złe” Niemcy Donalda Trumpa. Jak pokazało memorandum z rozmowy telefonicznej z Trumpem i jego ukraińskim odpowiednikiem Wołodymyr Żeleński z lipca 2019 r. (Trump: „Niemcy prawie nic dla ciebie nie robią.” Zelenskiy: „Tak, masz absolutną rację.”), Inni przywódcy próbują dziś zdobyć punkty dołączając do refrenu. Relacje Berlina z wieloma europejskimi partnerami uległy pogorszeniu. Jego gospodarka może zmierzać w kierunku recesji. Kanclerz Merkel, podczas jej czwartej kadencji, rządzi krnąbrnym rządem wielkiej koalicji; często wygląda na bardzo zmęczoną.

Alternatywa dla niemieckiego lidera regionalnego Björna Höckego (z lewej) i założyciela PEGIDA Lutza Bachmanna (drugi z prawej) bierze udział w skrajnie prawicowym marszu w Chemnitz. (Jens Meyer / AP Photo)
Alternatywa dla niemieckiego lidera regionalnego Björna Höckego (z lewej) i założyciela PEGIDA Lutza Bachmanna (drugi z prawej) bierze udział w skrajnie prawicowym marszu w Chemnitz. (Jens Meyer / AP Photo)

Co najgorsze, euforyczny zjazd rodzinny w 1989 roku stał się coraz bardziej gorzkim sporem o relacje między zachodnimi i wschodnimi krajami Niemiec. W ogólnopolskim sondażu w styczniu 2019 r. Wykazano, że 52% wschodnich Niemców (w przeciwieństwie do jedynie 26% zachodnich Niemiec) sądzi, że ich pochodzenie regionalne wciąż ich wyróżnia. W badaniach wyjściowych przeprowadzonych w wyborach regionalnych z 1 września we wschodnich landach Brandenburgii i Saksonii odpowiednio 59% i 66% ankietowanych zgodziło się, że „Niemcy Wschodni są obywatelami drugiej kategorii”. Prawicowa Alternative für Deutschland ( AfD) fachowo zajmuje się tymi skargami. W cynicznej powtórce słownictwa z demonstracji sprzed 30 lat wzywa wyborców z NRD do „oparcia się” (co sugeruje, że nadal żyją w dyktaturze) i wzywa ich do „Vollende die Wende!”, Aby dokończyli rewolucję . Nawet kanclerz Angela Merkel (sama z NRD) musiała uznać głęboki podział w przemówieniu z 3 października w 29. rocznicę zjednoczenia. „Musimy nauczyć się rozumieć, że i dlaczego zjednoczenie nie było jednoznacznie pozytywnym doświadczeniem dla wielu ludzi we wschodnich Niemczech”.

Jeśli chodzi o mnie, po złożeniu rozprawy stażyłem się w gazecie codziennej w Berlinie, a następnie poszedłem do ogólnokrajowego tygodnika. Na początku lat 90. pisałem o procesach urzędników Stasi i wsi w Brandenburgii, w której podpalacze spalili schronisko dla uchodźców. Później informowałem o rozmieszczeniu wojsk niemieckich, od Belet Huen w Somalii po Kunduz w północno-wschodnim Afganistanie. W lipcu 1994 r. Wędrowałem po cichu przez zakrwawione komórki jezuickiego klasztoru w Kigali, a rok później byłem świadkiem odkrywania masowych grobów na zielonych brzegach jeziora Kivu. I interviewed former student leaders of the Tiananmen Square uprising who had found asylum in the U.S., as well as covered the first Yugoslav war crimes tribunals in The Hague and the final diplomatic negotiations for the International Criminal Court.

I marvel at this miracle of resilience, peace, and prosperity that has grown out of the ruins of two world wars.

But it was my think tank career that finally took me into Eastern Europe. Unforgettable: my first trip to Warsaw, which Hitler’s Third Reich (with help from the Soviets) had tried to erase from the face of the earth, lovingly rebuilt by patriotic Poles. Countless trips across the European Union later, and with many new friends, I’m profoundly aware of all we Europeans disagree about — and how weak that makes us look. Yet I marvel at this miracle of resilience, peace, and prosperity that has grown out of the ruins of two world wars, and which has been protected and nourished by NATO and the EU. When I finally returned to the United States, a quarter-century after leaving Boston, it appeared comfortably familiar; I was certain I knew my own country. On both counts, new and painful lessons were in store.

My parents are dead now. Yet I understand much more intimately today why they were so determined to shelter their children from harm. I have met war criminals and victims, traumatized soldiers and terrified civilians, unsung heroes and dedicated, honorable politicians. I’ve interviewed people who were later murdered. I too now have memories that are hard to talk about, but they are a part of who I have become. Some of my teachers, mentors, role models, and friends are no longer alive. I miss the light and warmth they shed around them, and on the path ahead.

My education turned out to be more thorough than I could ever have imagined back on that crisp November afternoon, staring at the grainy TV. But what have I learned?

War, peace, and memory. The fact that I am not the descendant of war criminals is pure luck. One of my grandfathers died in 1937. The other, an electrical engineer, was too old for service in World War II. My father was drafted at 16 in 1944, out of a Protestant boarding school that disapproved of the Nazis and saw little action before turning himself in to an American GI. He and his peers were left standing in the debris with a deep contempt for those who had lied to them and tried to send them to their deaths. Unlike many older Germans, my parents had nothing to hide and we children did not have to distrust or despise them. In fact, they — and most of our schoolteachers — were very clear about the enormity of German guilt.

Initially, of course, West Germans did not willingly embark on a national atonement for the crimes of the Third Reich; they were forced to do so by allied war crimes tribunals. It took another generation for my country to conduct its own trials, and to acknowledge just how many ordinary Germans had been complicit, whether it was by buying the business of the Cohns next door, ignoring their sudden disappearance, or acquiring their left-behind household possessions at startlingly low auction prices. It took 70 years after the beginning of World War II — and the work of a multitude of scholars, journalists, and citizens’ initiatives — to achieve a full accounting of our catastrophic 20th-century history.

In communist East Germany, in contrast, the state ordained an official historical doctrine according to which all the Nazis not killed in the war had miraculously stayed in the Western part of the divided country. This “amnesia,” as the author Ines Geipel (once a star GDR track runner and the daughter of a high Stasi official) has pointed out, worked both ways for the communist leadership: It let them “gag the populace about National Socialism, and constrained the returnees from exile in Moscow to remain mute about Stalinist terror … a secret pact that exonerated and served as a basis for coming purges.” She lists the price of this oblivion:

300,000 political prisoners, 75,000 imprisoned for attempting to flee, hundreds killed at the wall, 4.6 million who fled to the West between 1945 and 1990, more than four million deportees stranded in the East, 2 million subjected to forced collectivization of agriculture, 120,000 survivors of special NKVD (People’s Commissariat for Internal Affairs) camps, tens of thousands deported to the Soviet Union, nearly half a million deprived of their childhoods in orphanages, and more.

Younger East German authors have written forcefully and movingly about the post-1989 consequences of this psychological and moral devastation. The journalist Daniel Schulz, born in Potsdam in 1979, reminds his readers that neo-Nazis who terrorized rural areas and defaced Jewish gravestones with swastikas existed even in the GDR. The Stasi made light of them as unpolitical “rowdies” or as “provocations from West Germany,” whereas they cracked down brutally on punks as emissaries of “Western decadence.” He describes his own immersion into a local skinhead tribe as part of a general unraveling of state and society: “Violence was normal and in this normalcy the Nazis swam like the fish in the sea.” Yet — with the exception of the xenophobic riots of Hoyerswerda and Rostock-Lichtenhagen in 1991 and 1992, which made international headlines — the rest of the country seemed to shrug off this explosion of lawlessness. (As a newspaper intern in Berlin, I was once sent to cover a neo-Nazi trial in Frankfurt an der Oder, close to the Polish border. The sullen insolence of the young thugs on the stand made a lasting impression. As did having to dive for safety after the trial, when neo-Nazi skinheads and Antifa went for each other with baseball bats outside the courthouse.)

This toxic historical groundwater is now helping the AfD garner alarming support, winning one-quarter or more of the vote in recent regional elections in eastern Germany. But while the hard-right party has been plateauing at around 10% in the western regions of Germany, that is also where its intellectual roots are oldest and strongest, as the historian Volker Weiß has documented. The AfD’s leadership is almost exclusively from the west, leading the writer Christian Bangel, a native of Frankfurt an der Oder, to warn: “It is hypocritical to treat the East as the hazardous waste deposit of woke Germany. And dangerous. Because the East is Germany’s great political innovator.” We westerners may have accounted for our 20th-century history of right-wing extremism, yet we manifestly struggle with its modern versions. We have no cause whatsoever to be smug.

German Chancellor Angela Merkel and then-Lithuanian President Dalia Grybauskaitė visit German NATO troops deployed in Lithuania. (Ints Kalnins/Reuters)
German Chancellor Angela Merkel
and then-Lithuanian President
Dalia Grybauskaitė visit German NATO troops deployed in Lithuania.
(Ints Kalnins/Reuters)

Other lessons from history were arguably over-learned. Post-war West Germany was so deeply pacifist (its Basic Law of 1949 did not even provide for armed forces) that when it had to stand up 12 divisions (250,000 troops) to become a NATO member in 1955, there were riots. Today, Germany has soldiers stationed in the Baltics, in the Balkans, in Africa, on the Mediterranean, in Iraq, and in Afghanistan, but it struggles to keep up with its defense spending commitments. As the German Marshall Fund’s Jan Techau observes: “Germany’s supply-side develops slower than the world’s demand side.”

But as I saw firsthand as a journalist in conflict zones, the deployment of military force can stop wars and war crimes. I am convinced that the Rwandan genocide could have been prevented — like much of the killing in the Balkans, or the current bloodshed in Syria — with earlier, decisive action. (And for what it’s worth, liberating Afghanistan from the Taliban and Libya from Moammar Gadhafi saved many thousands of innocent lives.) The officers and soldiers who took on new and unfamiliar roles in these operations, and often had to improvise on the basis of imperfect political guidance, deserve immense respect. Yet it continues to dismay how little policymakers truly know about the environments in which they intervene, how bad they are at explaining their actions to their publics, how ineffectual they are at implementing plans, and how little responsibility is taken for unintended consequences. And certainly the West’s record of creating peace is patchy at best.

There is no such thing as an easy war, or a simple victory.

In this new era of great-power competition, a fractured West is focusing on deterrence again, as well as on national and alliance defense. “Out-of-area” operations have gone out of fashion. Yet we cannot escape the dilemmas of humanitarian intervention or post-conflict stabilization, although we may have to be more pragmatic about what kind of stability is achievable. Indeed, I believe there are necessary wars, and just wars. But there is no such thing as an easy war, or a simple victory.

Prosperity and inequality. The post-war transatlantic alliance began with food. In the first two years after World War II, harsh winters, hunger, and deprivation killed millions more people in Europe and the Soviet Union, one of my great-grandfathers among them. It was U.S. food aid, and then the Marshall Plan and American stewardship of a liberal international trading order that enabled the reconstruction and democratic revival of Europe — or rather of Western Europe, since Stalin’s Russia prohibited Eastern Bloc countries from accepting U.S. aid. The “Luftbrücke,” or air bridge, with which allied planes supplied food and coal to West Berliners during the 1948-49 Soviet blockade remains unforgotten in Germany’s capital. Ordinary Americans, too, sent hundreds of millions of CARE (Cooperative for American Remittances to Europe) food packages to recipients overseas until the early 1960s. Their arrival was a major event, including in my mother’s family. My 17-year-old POW dad was delighted by American canteen food. But having to be grateful also made people resentful, as my grandmother’s begging letters to overseas acquaintances from the late 1940s show. Yet over time, the roaring growth and deepening economic integration of the economies on both sides of the Atlantic became a pillar of the U.S.-European relationship. For all these reasons, the fact that the Trump administration is now slapping tariffs on its allies as much as on its adversaries — in effect weaponizing that interdependence — hits a particularly sensitive nerve.

After 1989, the economic corollary of the “victory of democracy” thesis was the theory of convergence: Market capitalism would inevitably establish itself not just in Europe but around the world. This, in turn, would help consolidate freedom and democracy globally. But 30 years later, that notion has been falsified in multiple ways, notwithstanding the fact that free-market therapies helped formerly communist economies modernize and grow, and lifted tens of millions out of poverty. China is becoming more totalitarian, not less, and its entry into the World Trade Organization in 2001, contrary to predictions, did not turn it into a “responsible stakeholder” but into a ruthless abuser of the international trade system. Russia has turned into an authoritarian kleptocracy. Neoliberal prescriptions (the “Washington consensus”) led to the global financial crisis in 2008. In Europe, German fiscal orthodoxies helped turn it into a eurozone crisis.

Did this open the floodgates for the populists? In a new book, Thomas Kleine-Brockhoff argues that for France, the United Kingdom, and the U.S., the answer is yes, because globalization siphoned off jobs and entire industries from these economies, while enriching the wealthy at home. In Northern and Central Europe, in contrast — which still boast full employment, growth, and below-average inequality — populism is not about economics (in Germany, even AfD voters tell pollsters that they see their economic situation as good or excellent), but identity. Of which more shortly.

1998 re-election poster of Chancellor Helmut Kohl's Christian Democratic Union. (Konrad-Adenauer-Stiftung)
1998 re-election poster of Chancellor Helmut Kohl’s Christian Democratic Union. (CC BY-SA 3.0 DE – Konrad-Adenauer-Stiftung)

That said, the German story is complicated by the unequal legacy of unification. Months before the fall of the wall, the Stasi wrote a memorandum to explain to the geriatric leadership of the communist state why so many citizens were fleeing to the West: shortages of consumer goods and services, bad workplace conditions, travel restrictions, oppressive living conditions. In 1990, Chancellor Helmut Kohl promised the East Germans “blühende Landschaften,” flourishing landscapes, and the West Germans that none of this would cost them a pfennig.

Twenty years later, Germany’s former finance minister Peer Steinbrück estimated the cost of reunification at two trillion euros, “an average 100 billion euro” per year. The latest annual report compiled by the office of the Commissioner on German Unity records healthy growth rates, record unemployment, and salaries and pensions that have nearly reached west German levels. Environmental disaster zones have been cleaned up, historic cities and towns painstakingly restored. Yet it also points out that no major German company is headquartered in the east. The key reason for the structural lag between the western and eastern parts of the country, however, is the drastic dip in birth rates in the east immediately after 1990, and a net emigration of more than 1.2 million east Germans — often young, well-educated, and female — to the west.

The Treuhandanstalt — the agency created to privatize East Germany’s state-owned enterprises — has come under harsh criticism for closing allegedly profitable businesses; in truth, that was the case for only a handful of companies. As a rookie reporter covering hunger strikes in factories that had been summarily shuttered, I was shocked to encounter plants on the outskirts of Berlin and farther afield that looked like locations for movies set in the 1950s, or the 1850s. The despondent foremen who showed me around acknowledged as much.

What also became heartbreakingly clear in these conversations was that the inevitable economic transformation of eastern Germany was going to bring with it huge personal costs for millions of people whose skills, experience, and achievements were no longer valued. The communist caretaker state was gone. There was also no little amount of west German carpetbagging. While easterners were told they would have to retrain, or accept lower-skilled jobs, many of the new government, academic, and corporate jobs were taken by westerners. This included some of my law school classmates, and not those with the best grades. Meanwhile, easterners are underrepresented (with the notable exception of Chancellor Merkel, who grew up in Brandenburg) among Germany’s elites to this day.

On the evening of March 18, 1990, after the last elections to the East German legislature, the West German Social Democratic parliamentarian Otto Schily was interviewed on national TV and asked to comment on the electoral victory for Helmut Kohl’s Christian Democrats. When he silently drew a banana from his pocket, viewers immediately recognized the insulting implication: The East Germans had voted for fresh produce and consumer goods (rather than for, say, democracy and free speech). The arrogance and disrespect of that gesture resonates to this day. We West Germans — and certainly Schily, who was 12 when Nazi Germany capitulated to the Allies — ought to know all about the connection between hunger, freedom, and dignity.

Protests in Berlin against U.K. Prime Minister Boris Johnson's Brexit-motivated suspension of the British Parliament, September 7, 2019. (Hannibal Hanschke/Reuters)
Protests in Berlin against U.K. Prime Minister Boris Johnson’s Brexit-motivated suspension of the British Parliament, September 7, 2019. (Hannibal Hanschke/Reuters)

Democracy and transformation. When I chose in the late 1980s to study direct democracy in the United States, it seemed in keeping with the hopeful spirit of the times: Maybe, just maybe, we Germans could begin to trust ourselves as much as other mature democracies did? But the closer I looked, the clearer it became that the widespread usage of the referendum and initiative at the state and local level had actually undermined and damaged governance in America, regularly disenfranchising weaker, more defenseless groups. Harvard’s Judith Shklar accepted me as a reading and research student and tolerated my topic (with a raised eyebrow) while insisting firmly on the historic civilizational achievement that is liberal democracy as set out by the Framers: representative, limited government, checks and balances, and the protection of minorities against the tyranny of the majority. A blessing whose value she knew only too personally as a Jewish refugee from wartime Riga, first in Canada and then in America. She made me realize just how carefully calibrated is the constitutional architecture drawn up (with American help) in Germany’s Basic Law of 1949.

It has been all the more disturbing to see the rise of illiberal authoritarianism around the world and across Europe. The organization Freedom House has been charting a decline of liberties worldwide since 2005, while the Pew Research Center has been recording an increasing dissatisfaction with democracy. This is true not just for China and Russia, or the post-Arab Spring Middle East, but for Western democracies, which we thought could never fall back behind the achievements of 1989: new democracies like Hungary and Poland, and even old, deeply rooted democracies like the United Kingdom and the United States. And for Germany, which we naively assumed in 1989 would never revert to authoritarian ideas because we had done such a perfect accounting of our sins and built so many safeguards into our system.

It’s been difficult to watch an American president and a British prime minister lathering up crowds of supporters by denigrating the pillars of representative democracy (Congress or the Parliament, the courts, the civil service), trashing its mediating institutions (academia, the press), and slandering the law and the truth — all in the name of “popular will,” and cheered on by Vladimir Putin. The crucial role played by Polish and Hungarian activists in tipping over the domino chain of democratic revolution in 1989, and the debt we Germans owe them, makes the paranoid intransigence of Jarosław Kaczyński, leader of Poland’s ruling right-wing Law and Justice party and the nasty ethno-chauvinism of Hungary’s prime minister Viktor Orbàn particularly hard to bear. (Merkel protected the latter against European censure for years.) Kaczyński and Orbàn are dismantling liberal democracy, while British Prime Minister Boris Johnson and Trump appear to be hellbent on exhausting it. The method may be different, but the outcome risks being quite similar.

German Chancellor Angela Merkel visits Berlin's New Synagogue on October 9, 2019, after Halle synagogue shooting. (Christian Mang/Reuters)
German Chancellor Angela Merkel visits Berlin’s New Synagogue on October 9, 2019, after Halle synagogue shooting. (Christian Mang/Reuters)

And Germany? Where a stunning 58% of respondents told pollsters in a recent survey undertaken in Berlin and in the five eastern states that they were no better protected against arbitrary government than before 1989? Where more than a quarter of the voters in three recent eastern regional elections voted for the AfD, which has been visibly and rapidly radicalizing in recent months, and whose leaders have marched at the side of neo-Nazis in violent demonstrations? Where a senior regional politician who had expressed his support for Merkel’s policy of welcoming refugees in the crisis year of 2015 was shot at point-blank range by a known right-wing extremist in Kassel, a western German city notorious for its hard-right scene? And where, on October 9 — the 30th anniversary of the day on which 70,000 people marched through Leipzig with candles in their hands, signaling the beginning of the end for the communist system — a lone gunman tried to shoot up Yom Kippur celebrants in a synagogue in Halle an der Saale, killing two and wounding another?

Has Germany’s contrition, or the democratic transformation of Europe that began in 1989, been no more than a thin veneer that is now beginning to crack? Might Vladimir Putin be right when he argues that liberal democracy has run its course?

Again, the problem is probably more accurately located in our own misguided expectations or our hubris. In America and the U.K., perhaps too much faith has been placed in the ability of old or unwritten constitutions to hold together a polity divided by rising inequality and a deliberate or negligent dismantling of the state as a provider of public goods. In much (but not all) of Central and Eastern Europe, in contrast, zealous Western reformers misunderstood as democratic revolutions what were in reality national emancipation movements. And it seems only too likely that West Germans greatly overestimated the joy their eastern brothers and sisters would feel upon a reunification based on what the writer Jana Hensel has called “das egalitäre Versprechen,” the egalitarian promise: You’ll all become like us. Ouch.

So at least some of the protest against liberal democracy is the anger of those who feel unheard, culturally marginalized, disrespected. It is a displacement emotion — like the anger directed against migrants in regions where there are few or no migrants, but very high emigration rates that engender a fear of permanent exclusion in those who are left behind — but it is no less real. Understanding this could be a first step to empathy and building bridges across the divides.

And yet I have to take issue with those who say that illiberalism is no more than a reflexive response to liberal hubris, or that Europe should stop being a democratic missionary and lead purely through the power of example, becoming a walled Kantian garden, or a “monastery.”

Liberal democracy is not a system of governance like any other, but (as Judith Shklar wrote in her seminal essay “The Liberalism of Fear”) the tylko system that restrains state violence against the individual. It needs to be defended against its very real enemies, who misdirect and exploit the anger of the disrespected for their own gains. As for the prescription that Europe ought to preserve the purity of its liberal democracy at home but abstain from advocating it abroad, it is entirely at odds with the reality of Europe’s fluid and vulnerable situation within the modern paradigm of great-power rivalry. Challengers and adversaries like Russia and China have established themselves as assertive players within the European continent. Europe, for its part, is existentially dependent on its openness to the global movement of ideas, data, goods, and people; but liberal democracy is its greatest comparative advantage. The Europeans may have to learn to protect this treasure without either the United States or United Kingdom at their side.

The words “Have the courage to be free” are projected against the backdrop of Berlin’s Brandenburg Gate for the 25th anniversary celebration of the fall of the wall on November 9, 2014. (Fabrizio Bensch/Reuters)

Freedom and identity. The ultimate lesson of 1989, then, is this: History was never linear or inevitable. It was then and is now the product of decisions, of choices, of freedoms, of responsibility taken. To quote Thomas Bagger on Germany again: “The history of unification represents hope even under the most adverse circumstances … We should not expect the inevitability of a better future, but should never discard its possibility — including the emancipation of those who today suffer the consequences of authoritarian rule.”

The Europe we have could use some work — but it is still the best the continent has ever seen.

In fact, predictions of the imminent demise of liberal democracy would appear to have been somewhat premature. The protests in Russian cities and in Hong Kong speak powerfully to the universality of the human desire for self-determination. In Austria, Italy, and Slovakia, or the cities of Istanbul, Warsaw, and Budapest, populists have been thrown out or kept at bay. The Europe we have could use some work — but it is still the best the continent has ever seen.

And notwithstanding the prophets of nativism who would separate and segregate us into strictly homogeneous tribes, most of us live comfortably in our multiple identities: the local, the regional, the national, the European, and the Western. Two generations ago, my clan was lily-white and firmly Protestant. Now, my extended family encompasses relatives of Swiss, Slovene, Ghanaian, American, and Taiwanese origin; it includes Jews, atheists — and even Catholics. I myself, for all my wandering, was baptized in a four-century-old church in Ober-Wegfurth, a village in the farmland of the Fulda Gap, the same chapel where my parents were married and in whose graveyard my ancestors have been buried for the last 400 years. But even more importantly, I once made a decision to cleave to my country, and all its baggage.

My generation, “the 1989ers,” whose trajectory into real life was re-shaped so profoundly 30 years ago, now finds itself at the cusp of its own historical arc, and before its own choices. We are still grappling with the lessons of the past as huge new transformations loom ahead. But history will not wait for us.

The Europe we were given in 1989 is now ours to lose, or to keep.

o autorze

Constanze Stelzenmüller is a senior fellow in the Center on the United States and Europe at the Brookings Institution. She also holds the Henry Kissinger chair at the Library of Congress. She is an expert on German, European, and trans-Atlantic foreign and security policy and strategy. Prior to working at Brookings, she was a senior transatlantic fellow with the German Marshall Fund of the United States (GMF).

Laisser un commentaire

Votre adresse de messagerie ne sera pas publiée. Les champs obligatoires sont indiqués avec *